|
Zinstytucjonalizowana religia oraz cenzura to dwa najpotężniejsze
narzędzia ukrywania prawdy. Nieświadomymi, a zwłaszcza szczegółów
wynaturzeń i smaczków z życia władzy ponad stan, łatwiej jest rządzić. Aby
skuteczność skonstruowanego na przemilczeniach, fałszu i zakazach systemu
sprawowania władzy była optymalna, trzeba pozyskać dla jego funkcjonowania
odpowiednich ludzi a kluczowe, newralgiczne węzły systemu obsadzić
wiernymi mu na śmierć i życie pretorianami. Metoda kija i marchewki zawsze
robiła swoje i godzin zaledwie potrzeba było, by każdy z setek tysięcy
zainteresowanych mniej lub bardziej lukratywnym stołkiem, fotelem, kanapą
czy stanowiskiem sprzątaczki zadeklarował, po której "stronie mocy"
pragnie służyć...
Czy demokracja - kwintesencja marzeń i jeszcze 16 lat temu obiekt
westchnień Polaków coś w tej mierze zmieniła? A może - na co istnieje
multum dowodów bezpośrednich -"zamienił stryjek siekierkę cenzury na kijek
autocenzury"? A skoro tak - co dwie odmiany tego samego schorzenia tak
naprawdę różni od siebie?
Cenzura miała istotną wadę, która była też jej wielką zaletą - co prawda
mocą instytucjonalnego, opresyjnego, zewnętrznie zdefiniowanego organu
władzy dławiła "narzędzia" - organy wykonawcze rzesz kontestatorów, ale
nie mogła zapanować nad istotą swego "powołania do istnienia" - nad
mózgiem ludzkim jako wylęgarnią niczym nieskrępowanej, krytycznej i wolnej
myśli. Im mocniej dławiła gardła, usztywniała języki czy wiązała ręce -
tym mocniej kwitła bujna, niezależna myśl, dla pazurów drapieżnej cenzury
dostępna dopiero po przelaniu na papier i inne nośniki. Można śmiało
stwierdzić, że im silniejsze więzy krępowały języki, ręce i gardła -
organy podległe dyrektoriatowi mózgu - tym swobodniej i w bardziej
komfortowych warunkach twórczych pracowały stymulowane cenzorskimi
zapędami perfidnej władzy mózgi tych, którzy mimo wszystko nie zapominali,
do czego te organy służą! To właśnie z okresu szczególnie mocno szalejącej
cenzury pochodzą największe perły piśmiennictwa politycznego,
dokumentalnego, kabaretowo- prześmiewczego, największe, kultowe dziś
pieśni i piosenki, pastisze, komedie i cały "drugi obieg", który im
bardziej był pod względem merytorycznym wartościowy - na tym gorszej
gatunkowo bibule był wydawany.
Ale w końcu nastała demokracja i ku uciesze gawiedzi cenzurę nareszcie
szlag trafił. Czy aby na pewno i czy nie za szybko odtrąbiono
"fanfaronadę" zwycięstwa? Oficjalną cenzurę z jej urzędniczym, oficjalnym
aparatem -i owszem, szlag trafił. Ale nie ma tego dobrego, co by na
jeszcze lepsze nie wyszło, nie ma tego, co jawne, by skrytym być nie
mogło... I choć cenzura instytucjonalna znikła niczym wycięty skalpelem
demokracji nowotwór, przyroda ożywiona, a szczególnie ta na swojski,
Polakom tylko właściwy sposób "ożywiona" przypomniała nam, że ani na
moment "nie znosi próżni". Nowotworowa narośl cenzury pozostawiła po sobie
specjalizowane komórki potomne, a te, "z należno trosko i boląco głowo"
zreanimowane, a następnie zaadoptowane przez kolejne ekipy obecnej, już
demokratycznie wyłanianej władzy rozsiały się po organizmie i opanowały
każdy jego fragment w formie doskonalszej, bardziej perfidnej i
wyrafinowanej od narośli pierwotnej.
Tak narodziła się autocenzura i jej kolejny klon - katocenzura -
niedościgłe, odwieczne marzenie zwolenników totalnej cenzury doskonałej.
Dopiero kato i autocenzura (a najlepiej dwa w jednym) spowodowały to,
czego nie mogła dokonać ani carska, ani komusza cenzura instytucjonalna -
zamiast walić po łapach, kreślić teksty czerwonym flamastrem, słać do
więzień czy na zsyłki... one cicho i bez rozgłosu opanowały mózgi - centra
dowodzenia i zawiadywania wszelkimi emocjami, ruchami i odruchami! Od tej
chwili możemy mówić o pośmiertnym zwycięstwie i totalnej kontroli niby
upadłej cenzury nad wszelką nieskrępowaną (nie ręką, gardłem czy
językiem!) a właśnie do tej pory niedostępną dla cenzury myślą, a co za
tym idzie - nad jej emanacją: artykulacją werbalną, wyrażaną
autoparaliżowanymi teraz, podległymi zainfekowanym mózgom organami mowy i
ruchu. Obserwowane, pandemiczne wręcz nosicielstwo wirusa tyle wieków
przechytrzanej, zwalczanej na wszelkie sposoby, znienawidzonej choroby
okazało się być tak długo poszukiwanym przez zamordystów
"kamieniem
filozoficznym" - panaceum na zdławienie w zarodku wewnętrznych,
wolnościowych postaw ludzi prostych, na skuteczną pacyfikację odwiecznego
wroga władzy o nieczystych rękach i niecnych zamiarach.
Zaindukowany zwykłym kunktatorstwem, kompleksami osobistymi, pychą,
próżnością czy też strachem o posady paraliż elit intelektualnych, ludzi
pióra, koryfeuszy wolnego słowa, narodowych wieszczów i proroków,
niosących przez lata buzujący niegdyś mocnym płomieniem kaganek
niezależnej myśli uczynił z nich dziś ich własną, nędzną parodię,
rzucającą jedynie cień na wielkość ich wczorajszej chwały. Z zatrzaśniętym
na mózgach kagańcem autocenzury, chwiejąc się na niepewnych nogach niosą w
kagankach przez media i estrady buzującą jasnym płomieniem, śmierdzącą
kupę, jaką w przedśmiertnych konwulsjach nawaliła im do kaganka zdychająca
cenzura... Autocenzura, w momencie przyjścia na świat życzliwie złapana w
podołek, reanimowana i adoptowana przez wiecznie żyjącego apologetę
cenzorstwa doskonałego - Powszechny i Apostolski Kościół, poza którym nie
ma ani zbawienia, ani doskonalszych od wyplatanych tam kagańców, wsparta
bujnie rozkwitającą "poprawnością polityczną", genetycznie zmutowana do
postaci niepisanej, a mimo to powszechnie praktykowanej katocenzury,
wreszcie zrobiła to, co było nieziszczalnym marzeniem cenzury...
Zestrachani, porażeni wielkością nie tyle wywalczonej przestrzeni
wolności, w której nie potrafili się znaleźć, co potworem, zamiast posągu
wolności wyrosłym w naszej konkordatem i stosownymi zapisami prawa o
przestrzeganiu "wartości" opanowanej, swoiście polskiej przestrzeni
wolności słowa stoją biedacy pozbawieni wszelkiej odporności
immunologicznej na jej szalejącego wirusa... Niezdolni do zorganizowanego,
odważnego działania wczorajsi wieszcze dali ciała na całej linii... Wirus
autokatocenzury zakaził wszystkich bez wyjątku narodowych bardów
upragnionej wolności. Jana Pietrzaka i pietrzakopodobne zastępy polskich
satyryków poraził kulawką i trwale uwalił na kolana, w której to pozycji
okazuje się niezmiernie ciężko jest trwać z dumnie podniesionym czołem i
jednocześnie grać wziętą przed laty na barki rolę Stańczyka, a jeśli już
nawet ktoś tego próbuje - od razu widać, że nie ma nad nią żałośniejszej i
bardziej komicznej pozycji...
Pawła Kukiza, śpiewającego nie tak dawno o bezkarnym proboszczu-
kabotynie, zbierającym kolędę- haracz od ludzkiej głupoty, a potem po
pijaku powodującym wypadek oglądamy dziś... śpiewającego psalmy,
czastuszki i inne panegiryki, splatane jak nie na cześć żyjącego, to na
chwałę umarłego papieża! Zenon Laskowik - prześmiewca tak swego czasu
przeczulony na punkcie "błędów i wypaczeń" też jest dla prawdziwej satyry
bezpowrotnie stracony, doznał bowiem cudownego nawrócenia i klerykalnej
iluminacji, czego nie omieszkał zajawić w TV. Drozda, Stanisławski,
Krystyna Sienkiewicz, P.P. Smoleń, Piasecki i kilkanaście innych jeszcze
"gwiazd" kabaretu w ogóle wyrzekli się poruszania naszego polskiego tabu -
tematu synkretyzmu religijnego zakłamania z polityczną hipokryzją i tego
wszystkiego, co nasi kochani rządzący pospołu z klerem od 15 już lat ze
społeczeństwem oraz dorobkiem pokoleń Polaków wyczyniają! Co prawda rządzą
z naszego, w akcie wyborczym wyrażonego nadania, ale srodze myliłby się
ten, kto by sądził, że takoż gorliwie jak kościelnych zachcianek pilnują
też naszego, społecznego interesu. Słynna, znana jako przysięga
Hipokratesa zasada: "po pierwsze - nie szkodzić" w uszach przeciętnego,
wystawionego na smaganie podatkami i wszelkimi innymi obciążeniami
obywatela brzmi jak zasada Hipokryzjusza, kiedy widzi, że faktycznie,
"oni" sobie nawzajem, a szczególnie rozpasanemu klerowi "nie szkodzą", a
wręcz przeciwnie - nalewają po korek i jeszcze w kanistry!
Trudno uwierzyć, żeby satyrycy tej miary i niewątpliwej inteligencji w
życiu naszym codziennym naprawdę nie zauważyli do tej pory niczego
nagannego i godnego wyśmiania na estradzie! Kolejny w dziejach Polski
"okres błędów i wypaczeń" święci tryumfy - a oni nie rymują! Jawnie
bałwochwalczy kult wadowickiego człowieka kwitnie - a oni na konia satyry
nie wsiadają, nie pamfletują i jak za batiuszki Stalina, za Bieruta,
Gomułki, Gierka w podziemnym obiegu bywało - prześmiewczych tekstów czy
fraszek nie piszą! Wytłumaczenie tych skundlonych postaw jest tyleż proste
co banalne - koryfeusze satyry, nadzorcy pnia narodowego zdrowia
psychicznego pismo nosem w koniecznym milczeniu wyczuli i zlokalizowali
swój własny, partykularny interes. Wyniuchali sami albo dano im brutalnie
pro memoria, że taka aktywność z dnia na dzień uczyni z nich artystycznych
pariasów a im i ich następcom bramy mediów zostaną na głucho zatrzaśnięte
do trzeciego albo i piątego pokolenia tych, którzy krytykują kler!
Nawet jeśli z rzadka zabrzmi gdzieś "Żeby Polska była Polską" - zawsze
jest to pieśń nadawana w kontekście byłego, moskiewskiego, bierutowsko-
stalinowsko- gomułkowsko- gierkowskiego a nie będącego faktem, aktualnie
dokonującego się czynem ciągłym... watykańskiego zniewolenia Polaków.
Jedynym weteranem piosenki aluzyjnej, który może dziś w pełni triumfować,
jest Wojciech Młynarski, który - wyraźnie onegdaj pijąc w stronę cenzury -
napisał i zaśpiewał piosenkę o rozpisanym przez pewnego księcia konkursie
na najbardziej "artystyczny knebel", cyt: "... był tam też knebel co w sam
raz utrafić umiał w księcia gust. A był to knebel, co miał kształt...
swobodnie uśmiechniętych ust".
Zatem nie dajmy się zwieść przewalającymi się po ekranie telewizora
tłumami niby swobodnie roześmianych, niby radosnych, pełnych niby- humoru,
luzackich spikerów Polskiego Radia czy Telewizji. Nie dajmy się zwieść
bogatemu repertuarowi kabaretowych artystów polskiej estrady, bo to
bogactwo złudne, dalekie od optymalnego i od potrzeb każdej tragicznej
chwili dla państwa i narodu! W miejsce prawdziwej, politycznej satyry
serwilistycznie, na całe gardło pieją panegiryki w stronę nowej siły
przewodniej a ich teksty, niby zatroskane o równowagę psychiczną narodu to
nic innego jak twórczość w "służbie ciszy" nad najistotniejszymi,
nieodwracalnymi zmianami prawa i właścicielstwa kolejnych kwartałów III
RP, pod suknem komisji Majątkowej Rządu i Episkopatu przechodzących z
więdnącej ręki Państwa do gorącej, ruchliwej rączki tego ostatniego!
Ci zabiegani o tantiemy i apanaże, ongiś do bólu aresztowania i
internowania odważni bardowie i tekściarze to dziś wszyscy bez wyjątku,
jak jeden mąż zaprzańcy swojego wczorajszego "ja". Na naszych zdumionych
oczach stali się z dnia na dzień dumnymi nosicielami opisanego,
tłamszącego kręgosłupy, nicującego i wyżymającego im mózgi wirusa. To
kunktatorscy nosiciele bogatego nad wyraz we wszelkie mutacje i odmiany,
powszechnie i chętnie wdziewanego, wyśpiewanego im proroczo "artystycznego
knebla"!
W czasach dzikiego kapitalizmu Młynarskiemu, proroczemu piewcy zwycięstwa
idealnej formy autocenzorskiego knebla należą się duże pieniądze, bo ilość
będących w użyciu "knebli" poszła w miliony - użytkownikom i apologetom
powszechnego, codziennego obnoszenia się z nałożonym sobie
"kneblem"
należy się powszechny ostracyzm nieprzebranych rzesz ludzi na co dzień
jeszcze myślących... Tylko skąd ich wziąć, skoro na naszych oczach
spełniły się kolejne dwa proroctwa?! Autorem pierwszego jest K.I.
Gałczyński, który napisał prorocze, jakże aktualne dziś słowa:
"Gdy wieje wiatr Historii
ludziom jak pięknym ptakom
rosną skrzydła, natomiast
trzęsą się portki pętakom"
Drugi poeta napisał nie mniej ważkie, spełniające się na naszych oczach
słowa, kiedy stwierdził:
"Ręce za lud walczące lud sam poobcina,
imion miłych ludowi - lud pozapomina.
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie".
Co z ich strony wcale nie było, zaręczyć jednak nie mogę, że z mojej
strony cytaty te nie są osobistą, adresowaną wycieczką w stronę choćby
znanych z kombatanctwa, nie tyle "cichych" co raczej "podłych, ciemnych,
małych ludzi", ot, choćby pierwszych z brzegu, na obydwa sposoby
"małych"
braci Kaczyńskich... Zarówno w kontekście ograniczania wolności obywateli
do demonstrowania na ulicach stolicy swoich poglądów czy odmienności, jak
i powszechnego milczenia świata artystycznego oraz intelektualnego wobec
tak bezczelnego łamania konstytucyjnych wolności przez Lecha Kaczyńskiego,
wczorajszego męczennika walki o demokrację, w obydwu czterowierszach
niewątpliwie "coś na rzeczy" jest...
Nie może być uznany wielkim i szlachetnym w pobudkach wojownik, który
oswobadza swój lud z jarzma ciemięzców tylko po to, by nazajutrz odmawiać
oswobodzonym podstawowych, przezeń wywalczonych swobód! Metodami
demokratycznymi iść po władzę, by nazajutrz sprawować ten społeczny mandat
w sposób niemający nic wspólnego z powszechnie akceptowanymi standardami
demokracji oraz jej niezbywalnymi imponderabiliami, czego niejednokrotnie
doświadczyli na własnych tyłkach warszawiacy, zdumieni kaczoryzacją
demokratycznych standardów sprawowania władzy! Zakładać kajdany, obmyślone
i własnoręcznie wykute w "jedynie słusznej", politycznej kuźni choćby
takiego PiS-u, podobnie jak inne "kuźnie" naszego politycznego zaścianka
szykującego się do demokratycznego "skoku po władzę"! Mając na względzie
autorytarne ciągoty braci bliźniaków, cukrujących bezsilnemu wobec
brewerii Rydzykowego Radyja Kościołowi a pragnących wziąć wszystko i
wszystkich za twarz, mniej więcej po roku rządów koalicji POPiS-u tak
można sobie wyobrazić nową, obowiązującą na antenie RM odzywkę:
"Niech
będzie pochwalony Kaczor Donald i Kaczka, zawsze dziwaczka. Teraz i
zawsze!". Co w sumie, a w odniesieniu do RM w szczególności, nie byłoby
takie złe a na pewno zabawne, zważywszy choćby na jakże często w naszych
dziejach brzmiący nam w uszach tzw. "ponury chichot historii"...
www.racjonalista.pl/kk.php/s,4166 |